Mam Wam do opowiedzenia historię prawdziwą, którą opowiedział mi przypadkowo spotkany Pan w jednym z barów we włoskich dolomitach. Historię... której wstydzą się Włosi, bo jest przykrym świadectwem tego, jak ewentualny, planowany zysk stał się cenniejszy od ludzkiego życia.

              Pewnej zimy..... miasteczko Santa Fosca we włoskich dolomitach.

      Czekając na busik , który miał zabrać mnie na stok narciarski postanowiłam ogrzać się w miejscowym barze. Na zewnątrz było zimno ,ok -10'C, a kierowca razem z bisukiem gdzieś się zagubił. Może , włoskim zwyczajem, zrobił sobie przerwę i też udał sie do jakiegoś baru na kawę. A może spotkał kogoś znajomego po drodze i postanowił zamienić z nim kilka zdań. W końcu, nie wypada we Włoszech , gdy sie kogoś zna, nie zatrzymać sie na "włoskie 5 minut" (czyli, w przybliżeniu , nie wiadomo ile).

       W barze , postanowiłam zamówić rozgrzewające cappuccino  i tamże  zaczekać  na kierowce busika, w końcu przystanek był tuż obok. Zamówiłam cappuccino i usiadłam przy stoliku. Obok leżały różne książki o miejscowej tematyce - głównie przewodniki. Moją uwagę zwrócił duży, czarno - biały album z napisem "Katastrofa z 1963 roku". Zaczęłam przeglądać książkę. Przy stoliku obok siedział  starszy Pan, też pijący cappuccino, zapytałam go:

- "Pan słyszał o tej historii? Gdzie to jest, to miejsce ...Vajont? "

      Album opowiadał o jakiejś katastrofie w Vajont. Zdjęcia w albumie były czarno-białe, ale i tak ukazywały dobitnie krajobraz po jakiejś strasznej powodzi, a może trzęsieniu ziemi... Domy wydawały się zmyte z powierzchni ziemi, wszędzie było pełno ruin, ludzkich ciał i błota. Okazało się , że podpytany przeze mnie starszy Pan znał historię z albumu ze zdjęciami. Co więcej, znał ludzi którzy stracili podczas tej jednej feralnej nocy życie lub całą rodzinę. Zaczął opowiadać...

 

Vajont - wązów u podnóża góry Toc *

( *nazwa góry w miejscowym dialekcie  znaczy  "rozpadający się")

 

- "Wiesz, Vajont to nazwa wąwozu. Kiedyś to był ogromny wąwóz, pośrodku którego płynęła górka rzeka. Za wąwozem znajdowało się miasteczko Longarone, ale nie ma go już. Prawie nic po nim nie pozostało..."

Starszy pan zniżył głos, widać , że wzruszenie odebrało mu siły by dalej mówić. Zrobił pauzę w wypowiedzi. W końcu uspokoił się i kontynuował swoją opowieść...

- "Wiesz, tam zginieli wszyscy moi przyjaciele, moja rodzina, kuzyni. Ta przeklęta góra zabrała mi wszystko..."

- "Ten mój kuzyn, no wiesz.... po co on tam pojechał wtedy...? Mógłby dzisiaj żyć... Pojechał po znajomych, po swoich kuzynów, chciał ich zabrać po meczu do domu.    Moja rodzina też tam pojechała oglądać ten przeklęty mecz. Wiesz, tam był jedyny telewizor w okolicy. "

 

 

 

 

 

Na zdjęciu : Miasteczko Longarone przed katastrofą z 1963 roku

 

9 października 1963 ogromna część góry Toc ustąpiła ze swojego miejsca i zsunęła sie do sztucznego zbiornika usytuowanego nad miastem Longarone, w pobliżu miasta Belluno i Cortiny d'Ampezzo (włoskie Dolomity).

         Mimo , że od dawna wiedziano , iż miejsce to jest niebezpieczne - ze zwględu na niestabilność góry Toc - to zdecydowano sie na budowę tamy. W przeszłości obsunięcia ziemi i skał zdażały sie często, ale póki nie było tam sztucznego zbiornika, ani siedlisk ludzkich u podnóża samej góry ,  nie prowokowały one poważniejszych strat.          Włoska nazwa "Monte Toc" - góra Toc, oznacza w miejscowym dialekcie "rozkładająca się / rozpadająca sie góra". Miescowi nazwali ją w taki sposób, bo już z czasów średniowiecza (z X wieku) istniały kroniki i opowieści o górze, która często się trzęsła i  "rozpadała się na kawałki". 

Przed katastrofą....

    Dzień wcześniej, 8 pażdziernika 1963 roku , wokoło góry Toc wyczuwało się, że coś się dzieje. Słyszano spadające kamienie, dało się odczuć niepokój zwierząt. Technicy od zapory oraz sejsmografy w Wenecji odnotowali , że "góra znowu zaczyna się ruszać". Ale spokojnie - wmawiano lokalnej ludności - przecież to było tylko tzw.: "oddychanie góry". Tak mówiono o osuwiskach w dolomitach.  Nic nie powinno się stać, przecież osuwiska w górach to norma. Obsunie się troche ziemi i znowu będzie spokój na jakiś czas.

Jednakrze inżynierowie od tamy musieli spodziewać sie czegoś innego niż zwykłe osuwisko, bo z Wenecji (z centrum sejsmograficznego ) słano komunikaty o natychmiastowej ewakuacji okolicy wąwozu Vajont. Na próżno, ich treść została utajniona. Postanowiono natomiast, zacząć powoli spuszczać wodę ze sztucznego zbiornika, by obniżyć poziom lustra wody. Myślano wtedy, że ześlizgujące się z góry kawałki skał wpadając do sztucznego zbiornika wyrządziłyby mniejszą szkodę. Według inżynierów, przy odpowiedniej wysokości lusta wody zbiornika, ewentalna fala nie przelałaby się przez zaporę i nie zagroziła mieszkańcom miasteczka Longarone. Stało sie przeciwnie. Spuszczanie wody przyspieszyło proces osuwania się zachodniej ściany góry Toc, bo opadający poziom wody w zbiorniku nadał większą prędkość już i tak zeslizgującej się masie górotwórczej. To tak jakby, opadający poziom wody w zbiorniku ściągał za sobą namokniętą warstwę ziemi. Szacowano , że zeslizgująca się warstwa materiału górotwórczego  może mieć ok 20 metów wysokości i nie powinna zagrozić nikomu. Szacunki były błędne...

Katastrofa, której tak bardzo sie obawiano, już niebawem miała zebrać swoje straszne żniwo.

Tamy, przyszłością Włoch - jak to sie zaczęło.

    Polotka miała głosić, że Mussolini jeszcze przed II- gą Wojną Światową szukał sposobu by zasilić kasę Skarbu Państwa. Stworzono więc projekt budowy "Tam " , jako ekonomicznych żródeł energii. Budowano wspaniałe tamy w całym kraju, a obok nich elektrownie prądu. Mussolini mógłby realizować swój sen o nieustraszonej włoskiej armii, o podboju Europy i powrotu "Wielkiego Imperium Rzymskiego". Nastały dla Włoch piękne czasy, gdy włoskich konstruktorów i inżynierów "Tam"  ceniono na całym świecie. Budowanie wodnych elektrowni w terenie górzystym stało się dochodowym interesem i ponoć, zaczęły się nim interesować kręgi ...mafijne. W przypadku tamy z Vajont (największej tamy na świecie, jak na owe czasy) część pieniedzy, która powinna być przeznaczona na jej budowę, skończyła w rękach mafii... a może i nie. Nie wiadomo dokładnie co się nimi stało. A może było zupełnie inaczej, może to właśnie mafilna "omerta" - czyli zmowa milczenia, doprowadziła do tego , że zamiast powstrzymać budowę tamy w bardzo ryzykownym miejscu, zrealizowano jej projekt wbrew zdrowemu rozsądkowi. Wiadomo, że po to ,by wybudować tą największą, jak na tamte czasy tamę na świecie, zapomniano o bezpieczeństwie. Ważny stał sie cel sam w sobie. Liczył sie tylko zysk.

Powyżej, scena z filmu "Tama - tragedia z Vajont" - rekonstrukcja przebiegu samej katastrofy.

Przebieg katastrofy.

    Późnym wieczorem 9 października 1963 roku miasto Longarone, żyło swoim prawie normalnym trybem. Prawie, bo tego dnia do miasteczka, zjechało się dużo ludzi, by obejrzeć w barze, na jedynym w okolicy telewizorze ważny mecz. Ściągali na niego kibice ze wszystkich okolicznych miejscowości.

     O 22:39 zgasło światło w całej prowincji Belluno (w promieniu ok 20 km od miejsca katastrofy), rozległ sie ogromny huk, ziemia zaczęła drżeć. Nikt nie wiedział co się dzieje. Zsuwające się z góry Toc 270 miliony metrów sześciennych kamieni i ziemi wpałdo z ogromnym impetem do sztucznego zbiornika. Szacuje się, że początkowa prędkość odrywającej się góry nie przekracała 10 km/h, ale rozpędzając się osiągneła ponad 108 km/h. Ta szybko płynąca mieszaniana błota i skał wylała się ze zbiornika , przelała przez tamę, prosto na położone u jej podnóża miasteczko Longarone. Tama wytrzymała, ale ogromne ilości zabójczej mieszaniny wody i materiału górotwórczego gdy wylały się poza nią, pogrzebały żywcem prawie 2000 osób, zwierzęta i całkowicie starły z powierzchni ziemi miasteczko. W niektórych miejscach  zostało ono przykryte ok. 150 metrową warstwą błota, kamieni i gruzów.

    Dzisiaj eksperci twierdzą, że to nie fala błota, nie kamienie zabiły ludzi , ale ogromna energia jaka wytworzyła się podczas tego gigantycznego osunięcia. Energia porównywalna z wybuchem obu bomb atomowych , jakie zrzucono na Hiroszimę i Nagasaki. Fala błota i kamieni jedynie przykryła martwe miasto. Aby lepiej zrozumieć, jak wiele materiału górotwórczego zeszło na Longarone, przeprowadzimy doświadczenie myślowe: należy wyobrazić sobie tiry, które 24 godziny na dobą musiałyby wywozić ten materiał przez....700 lat.

    Wstrząs wywołany obsunięciem sie góry, był tak silny, że odnotowały go sejsmografy w oddalonej o ponad 2200 kilometrów Szwecji.

    Pierwsze służby ratownicze pojawiły sie na miejscu katastrofy już o 23.00. Panowała całkowita ciemność i ...cisza. Ratownicy nie byli przygotowani na to co zastali na  miejscu. Nie mieli narzędzi do przeszukiwania gruzów. Tam gdzie słyszano ciche, przytłumione jęki rozgrzebywano gruzy gołymi rękami. Ratownicy bali się, nie wiedzieli co dokładnie sie stało. Nie wiedzieli czy to puściła tama, czy może stało się coś innego i tama za chwilę uwolni całą swoją zawartość. Nie było dostatecznie dużo światła, bo posiadali ze soba tylko niewielkie latarki. Jasne było jednak, że po domach nie pozostało dosłownie nic. Ciężko było sie zorientować w topografii miasta, nie istniały ulice. Ich miejsce zajęły masy błota, gruzów i ogromne ilości ludzkich ciał. Ocalało 30 osób

 

  

Na zdjęciu: widoczne tabliczki z nazwami budynków i hoteli. Było to jedyny sposób by zorientowac się gdzie kiedyś stały budynki i gdzie szukać ewentualnych ciał

 

 

 

Na zdjęciu, ocalały po katastrofie geometra. Na podstawie jego opowieści powstał film: "Tama - tragedia z Vajont"

 

Śmiertelny bilans

 Prawie 1500 z ok 2000 ciał udało się odnaleźć, w tym jedynie 400 w całości. Połowy nie można było zupełnie rozpoznać. Dokładnie doliczono się 1.917 ofiar z czego 1.450 z Longarone, 109 z miasteczek Codissago i Castellavazzo, 158 z Erto i Casso oraz 200 z innych blisko położonych miejscowości. Reszta spoczywa do dziś gdzieś głeboko pod spodem.

 

Na zdjęciu: sytuacja po katastrofie. Zbiornik prawie całkowicie wypełniony materiałem górotwórczym.

Co potem?

Tama stoii do dziś. Zbiornik nie został już nigdy napełniony wodą, bo prawie w całości został zasypany matriałem górotwórczym, tym wszystkim co zsunęło się z góry Toc. Ofiary katastrofy, które przeżyły, spędziły następne miesiące w szpitalu. Po wyjściu z niego nie czekał na nich nikt. Ich świat, który tak dobrze pamiętali już nie istniał. Stracili wszystko: rodzinę, przyjaciół i dobytek. Nie pozostało nic za wyjątkiem nocnych koszmarów, w których przeżywali od nowa tą starszną październikową noc. Dzisiaj mają po 60, 70 , 80 lat i wciąż nie potrafią mówić o tym, co wtedy widzieli.

Prawie w tym samym miejscu na "grobach" nigdy nie odnalezionych ofiar katastrofy od 1971 roku zaczęto budować nowe miasteczko Longarone ... Pawie, bo nikt nie odważył się podeptać po nich pamięci. Nowe misteczko jest usytuowane nieco inaczej. Opodal starego Longarone nieśmiało widnieje strefa przemysłowa, jakieś magazyny, bo nikt nie chce mieszkać na cmentrzysku. Dziś w nowym Longarone żyje ok 5.500 mieszkańców.

Chętni mogą wybrać się tam ,by odwiedzić muzeum poświęcone katastrofie, cmentarz - gdzie pochowano w zbiorowych grobach ofiary październikowej nocy. Można z miejscowym przewodnikiem przejść się tunelem w pobliżu tamy, gdzie dokładnie widać jej fragment oraz materiał skalny , który prawie całkowicie wypełnił położony w wąwozie Vajont sztuczny zbiornik. Wszędzie znajdują się tabliczki wskazujące miejsca śmierci mieszkańców Longarone.

 

Dane tamy i zbiornika
Wysokość tamy : 264,5m
Maksymalna głębokość zbiornika: 725,5 m
Pojemność zbiornika: 168 715 000 3

 

Były ostrzeżenia!!

   O zbliżającej się katastrofie wiedzieli od dawna inżynierowie i włoskie władze. Fałszowano ekspertyzy. Na kilka miesięcy przed katastrofą zaczęły pojawiać się pękniecia na domach, drzwi wejściowe i okna przestały sie zamykać. W lipcu 1963 roku, na 3 miesiące przed katastrofą, zaczęły się pojedyńcze wstrząsy ziemi. Zwolniono inżynierów i geologów pracujacych przy tamie, jakby nie chciano więcej czytać ich raportów. W ich miejsce zatrudnia sie nowych, licząc na to, że nie zorientują się za szybko w sytuacji.

    W miasteczku powstaje ferment, krążą pogłoski...pojedyńcze rodziny zaczynają sie wyprowadzać. Wiadomo, już że coś się szykuje. Zaczynają powoli spuszczać wodę ze zbiornika. Ludziom tłumaczy się, że zapora jest zbudowana zgodnie ze wszytkimi normami antysejsmicznymi. Że nie puści. W końcu postanawia się szybciej opróżniać zbiornik - 70 cm na dzień. Później, 70 cm  na godzinę !!!!. Poziom wody się obniża, ale w jej miejsce ześliguje się ziemia i materiał górotwórczy. Jest go coraz więcej i więcej. Wszyscy o tym rozmawiaja, wydaje sie, że sie przyzwyczajają do tej sytuacji, żartują o tym. Pojawiają sie kolejne wstrząsy, coraz więcej ziemi schodzi z góry. Nadchodzą kolejne komunikaty ze stacji sejsmicznych :

" Uwaga!!!!! Niebezpieczeństwo osunięcia się góry Toc, prosi się o natychmiastową ewakuację ludności z zagrożonego obszaru!!!!" .

Ale nikt o tym nie informuje miejscowej ludności. Wstrząsające wiadomości lądują w koszu. Nikt nie chce wywoływać paniki. Z kolejnych punktów , z okolic Wenecji , rejestrujących aktywność sejsmiczną góry Toc, przychodzą kolejne ostrzeżenia!!! Ale nie są przekazywane dalej !!!!!!!!! Geolodzy nie wiedza co robić, nie moga podjąć decyzji o ewakuacji, moga tylko ostrzegać.

     

Jedna z dziennikarek Rita Merlin, od samego poczatku próbowała ostrzec lokalną ludność. Pisała wyczerpujące artykuły do lokalnej gazety , cytując niepokojące opinie inżynieów i geologów. Wyśmiewano ją. Zarzucano jej , że próbuje zablokować postęp (a tak, bo pracującym przy budowie tamy biednym robotnikom opowiadano, że niedługo każdy będzie mógł sobie kupić własny czarno-biały telewizor. Co tam telewizor, może nawet kupią sobie własny samochód) . Wytoczono jej proces o podawanie fałszywych informacji do prasy, szykanowano.                                         Wynik procesu - Rita Merlin jest niewinna.

   

 

 

 

 

Na zdjęciu: płacząca na miejscu katastrofy Rita Merlin, dziennikarka ,która próbowała uchronić miasteczko Longarone przed tragedią

 

 

Aż w końcu nadszedł dzień 9 październka, o  22:39 góra Toc, która przez miesiące ostrzgała o nadchodzącym katakliźmie runeła w dół.....

 

 

Kto za to odpowie?

       20 lutego 1968 sędzia najwyższy w mieście Belluno, Mario Fabbri, wnosi o rozpoczęcie procesu karnego przeciwko 11 osobom: Alberico Biadene, Mario Pancini, Pietro Frosini, Francesco Sensidoni, Curzio Batini, Francesco Penta, Luigi Greco, Almo Violin, Dino Tonini, Roberto Marin e Augusto Ghetti

          Dwóch z nich Penta i Greco, w miedzyczasie umiera z niewyjaśnionych przyczyn, natomiast inżynier Pancini pracujący bezpośrednio przy budowie tamy, 28 października 1968 popełnia samobójstwo (wiedział i rozumiał, że budowa tamy niesie niebezpieczeństwo, ale w ostatecznym rozrachunku zdecydował sie podporządkować osobom na wyższych szczeblach, którzy chcieli mieć tamę w wąwozie Vajont za wszelką cenę)

          Proces rozpoczyna się już dnia następnego 21 lutego 1968 w mieście Aquila, w odległości 550 kilometrów od miejsca katastrofy. Kończy się 17 grudnia 1969. Oskarżyciel zarządał po 21 lat więzienia dla wszystkich oskarżonych ( z wyjątkiem Violin - grozi mu 9 lat więzienia) za umyślne wywołanie obsunięcia terenu. Sytuację pogarsza fakt , że fałszowano raporty, a więc doskonale wiedziano o niestabilności terenu. W związku z tym oskarżyciel wnosi również o umyślne spowodowanie śmierci.

     Biadene, Batini i Violin zostali skazani na 6 lat wiedzienia . Pozostałych uniewinniono. Nie zbadano z jaką dokładnością można było przewidzieć nadejście katastrofy.

     Od 15 do 25 marca 1971 w Rzymie dochodzi do prosesu odwoławczego. Sąd apelacyjny podtrzymuje dotychczasowy wyrok. Biadene i Sensidoni: zostają uznani za winnych i skazani: Biedene na 5 lat pozbawienia wolności, Sensidoni na 10 miesięcy. Biadene ze względu na stan zdrowia zostaje zwolniony po 3 latach odbycia wyroku.

Życie ponad 2100 rodzin zostało zmienione na zawsze.

 

Koszmar sie jeszcze nie skończył

      Ci co przeżyli i próbowali sie odnaleźć z nowej rzeczywistości musieli przełknąć jeszcze jedną cierpką pigułkę. W lutym 1964 roku, 4 miesiące po katastrofie razem z pierwszymi rachunkami za prąd dostali do opłacenia jeszcze jeden rachunek, bez wyjaśnienia o co chodzi. Enel - włoska firma energetyczna, naliczyła tym, którzy przetrwali katastrofe opłate: " od nie wypowiedzenia umowy na stare liczniki prądu", które przecież zniszczył kataklizm.

  Tym, którzy nie zgadzali się z  nałożeniem karnej opłaty (100 tys lirów - ok 50 euro), odcinano prąd. Mało tego, za zainstalowanie własnego agregatu prądotwórczego naliczano im następna karę i konfiskowano agregaty prądotwórcze.

Nikt im nie pomógł.

 

Do dziś wokół tamy, wiszą kolorowe chorągiewki z wypisanymi imionami i wiekiem dzieci, które zginęły w katastrofie. Nieliczne osoby , we wszystkie weekendy w roku, niepokonani , pełnią dyżur pod tamą gotowi opowiedzić każdemu odwiedzającemu tą straszna historię. Są wyposażeni we własnej roboty makiety, oraz własnoręcznie napisane książki w których szczegółowo opowiadają, jak do tragedii doszło, nie oszczędzają nikogo. Poświęcili całe swoje życie, by odtworzyć i zebrać dokumenty świadczące o haniebnych decyzjach na wysokich szczeblach , o ludzkiej zachłanności  oraz tchurzostwie tych, którzy nie chcieli przyznać się do swoich błędnych decyzji i by je zatuszować ,nie zarządzili ewakuacji okolic tamy. Może liczyli na cud... Cudu jednak, nie było.

 

Tajemnica wąwozu Vajont - najbardziej wstydliwa katastrofa we Włoszech

12 lutego 2019

Classic

  1. pl
  2. it